Muzeum Narodowe to miejsce, w którym stajemy przed obrazem i czekamy, aż coś się wydarzy. Zwykle nic się nie wydarza - bo nikt nas nie uczy, że to my mamy zrobić pierwszy krok. Aplikacja haiku.art.pl jest zaproszeniem do tego kroku. I dowodem, że sztuczna inteligencja - właściwie użyta - może być mostem między dziełem a odbiorcami, nie barierą.
O projekcie hAIku
Projekt powstał we współpracy z edukatorkami i edukatorami Muzeum Narodowego w Warszawie jako pilotażowe działanie edukacyjne, które uczy zarówno uważnego oglądania sztuki, jak i kreatywnego dialogu między człowiekiem, a sztuczną inteligencją.
Tabu, które trzeba było złamać
Powiedzmy wprost: AI w instytucjach kultury to temat, który wywołuje opór. Słusznie - bo większość dotychczasowych zastosowań była albo trywialna (chatboty na stronach muzeów), albo kontrowersyjna (generowanie „sztuki” z niczego). hAIku.art.pl świadomie omija oba te scenariusze.
Tutaj AI nie zastępuje artysty - bo dzieło już istnieje, namalowane lub wyrzeźbione ludzką ręką. AI nie zastępuje też przewodnika - bo nie tłumaczy, nie opisuje, nie ocenia. Pełni rolę, której żadne inne narzędzie nie potrafi: zamienia ulotne, nienazwane odczucie zwiedzającego w formę literacką, którą można doświadczać także w domu.
Dla zespołu muzealnego to była świadoma decyzja - pokazać, że AI w kulturze może być czymś więcej niż gadżetem. Że może służyć wrażliwości, nie ją zastępować. I że muzeum ma prawo - a może nawet obowiązek - być miejscem, w którym nowe technologie testuje się z odwagą, ale i z odpowiedzialnością.
Najciekawsze w całym projekcie jest to, czego nie widać: moment, w którym ktoś stoi przed płótnem i szuka właściwego słowa. Właśnie wtedy dzieło zaczyna działać.
Edukatorzy wiedzą najlepiej
Projekt nie powstał w próżni technologicznej. Od pierwszego dnia pracowaliśmy ramię w ramię z zespołem edukatorów Muzeum Narodowego - ludźmi, którzy codziennie obserwują, jak zwiedzający reagują na sztukę, co ich angażuje, a co hamuje.
Edukatorzy postawili warunek: aplikacja nie może tłumaczyć dzieła. Nie może podpowiadać „właściwej” interpretacji. Ma być lustrem - oddawać zwiedzającemu jego własną reakcję w formie, która zaskakuje i zostaje w pamięci. Haiku okazało się idealnym formatem: wystarczająco krótkie, żeby nie przytłoczyć, wystarczająco poetyckie, aby poruszyć.
Context engineering, czyli sztuka kurateli
Każdy, kto próbował generować poezję za pomocą AI, wie, że efekt bywa - delikatnie mówiąc - banalny. Generyczne prompty dają generyczne wyniki. Dlatego sercem haiku.art.pl nie jest sam model językowy, lecz to, co mu podajemy: starannie skonstruowany kontekst.
Dla każdego dzieła ze zbiorów muzeum przygotowaliśmy warstwę kontekstową: epoka, technika, nastrój, symbolika, kontekst historyczny, ale też - co równie istotne - to, czego dzieło nie pokazuje. Puste przestrzenie, przemilczenia, napięcia. Właśnie tam często rodzi się najlepsze skojarzenie.
Context engineering to nie prompt engineering. To projektowanie całego środowiska, w którym AI działa - od danych wejściowych, przez ograniczenia formalne, po ton i wrażliwość. To różnica między rzuceniem robotowi hasła, a poprowadzeniem go za rękę przez sale muzeum.
Iterowaliśmy tygodniami. Każde haiku było oceniane przez edukatorów - nie pod kątem poprawności językowej, ale pod kątem tego, czy porusza. Czy zaskakuje. Czy osoba, która je przeczyta, będzie chciała wrócić do obrazu i popatrzeć jeszcze raz. To był nasz jedyny KPI.
Najlepsza technologia w muzeum to taka, której zwiedzający nie zauważa.
Publiczna scena, ukryta ochrona
Aplikacja działa publicznie - każdy zwiedzający może wpisać własne skojarzenie wprost przy obrazie. Otwartość wymaga ochrony, ale ochrona nie może zabić ekspresji. Dlatego zaprojektowaliśmy trójwarstwowy system moderacji, w którym każdy poziom łapie to, czego poprzedni nie widzi.
Pierwsza warstwa to słownik - szybki, bezwzględny filtr oczywistych wulgaryzmów i obraźliwych słów. Druga to normalizacja tekstu: system rozpoznaje próby obejścia słownika przez wstawianie kropek, spacji, zamianę liter na cyfry i inne kreatywne sposoby, na które ludzie wpadają z zaskakującą pomysłowością. Trzecia warstwa to AI - ten sam model, który generuje poezję, ocenia kontekst i intencję wpisanego słowa. Czy „krew" to agresja, czy opis obrazu Beksińskiego? Czy „śmierć" to prowokacja, czy naturalna reakcja na martwą naturę? Dopiero na tym poziomie decyzja przestaje być binarna.
Najtrudniejsze nie było blokowanie tego, co złe - to było przepuszczanie tego, co odważne. Sztuka prowokuje, budzi trudne emocje, operuje ciemnymi metaforami. Zbyt ciasny filtr zamieniłby aplikację w generator pocztówkowych banałów. Zbyt luźny wpuściłby treści, które w muzealnej przestrzeni - dostępnej także dla dzieci - nie powinny się znaleźć. Nasz system to nie cenzura. To kuratela - tyle że stosowana nie do dzieł na ścianie, a do słów, które przy nich powstają.
Każde wygenerowane haiku jest niepowtarzalne - bo unikalne jest skojarzenie, które je wywołało. Dwie osoby stojące przed tym samym obrazem wpisują różne słowa i dostają różne wiersze. To nie wada - to istota projektu. Sztuka nie ma jednej odpowiedzi. Haiku też nie.
Co zostało
Projekt hAIku.art.pl pokazał nam coś, czego nie spodziewaliśmy się na początku. Największym sukcesem nie są wygenerowane wiersze - są rozmowy, które wywołują. Ludzie wracający do obrazu. Czytający haiku na głos. Dyskutujący o słowie, które wybrali. Pokazujący sobie wzajemnie wyniki i pytający: „a Ty jakie masz skojarzenie?”
AI w służbie, a nie zastępstwie kultury.
W materiałach wykorzystano widoki aplikacji z cyfrowymi kopiami dzieł.
Grafika tytułowa artykułu stanowi cyfrowa kopia obrazu Karol Hillera "Kompozycja 214A" z 1935 roku, którego właścicielem jest Muzeum Narodowe w Warszawie.